Wywiad z właścicielem klubu Malawi w Katowicach
Dziennikarz: Spotykamy się w momencie, kiedy w Katowicach ma się pojawić „Malawi”, czyli klub nocny w wersji raczej dyskretnej niż hałaśliwej. Zanim jednak o samym lokalu, chciałbym wrócić do korzeni. Kiedy w ogóle można mówić o początku historii klubów nocnych w sensie zbliżonym do tego, co znamy dziś?
Właściciel „Malawi”: Taki początek można umieścić pod koniec XIX wieku, w Paryżu, kiedy działają już stałe kabarety i music-halle, a nie tylko okazjonalne spektakle. Mówię o latach 1869–1889, bo wtedy mają miejsce dwa istotne zdarzenia: w 1869 roku startują Folies-Bergère, a w 1889 roku otwiera się Moulin Rouge. To są miejsca, które pracują wieczorem, mają stały program, mają serwis i mają jasno wydzieloną przestrzeń dla publiczności. To jest pierwsza kompletna forma nocnego lokalu w europejskim mieście. Późniejsze formaty, nawet te bardzo współczesne, nadal korzystają z tamtego podziału przestrzeni: wejście, część konsumpcyjna, scena albo strefa prezentacji.
Dziennikarz: Czyli można powiedzieć, że to nie Nowy Jork ani Las Vegas, tylko właśnie Paryż ułożył ten schemat?
Właściciel: Tak, dlatego że Paryż w tamtym czasie miał jednocześnie publiczność, artyści mieli gdzie występować, a miasto miało nocne życie. Stany Zjednoczone dopiero później dorzuciły swoje doświadczenie, ale dorzuciły je pod presją prawa, czyli w okresie prohibicji. Europa robiła to jako rozrywkę, Ameryka na początku jako rozrywkę obwarowaną zakazami.
Dziennikarz: W takim razie zatrzymajmy się na chwilę w Stanach. Prohibicja w latach 1920–1933 jest w takich rozmowach przywoływana często trochę z rozpędu. Co ona tak naprawdę wniosła do rozwoju klubów nocnych?
Właściciel: Wniosła trzy rzeczy. Po pierwsze wniosła ideę wejścia kontrolowanego. Lokal nagle nie był otwarty z ulicy, tylko trzeba było wiedzieć, jak wejść. Po drugie wniosła potrzebę dyskrecji. To znaczy, że to, co działo się w środku, miało zostać w środku. Po trzecie wniosła myślenie o czasie, czyli o tym, że lokal ma swoje godziny i że w tych godzinach wszyscy muszą zrobić swoją pracę. To jest bardzo bliskie temu, co robimy dziś w klubach, które stawiają na prywatność. Jeżeli gość ma mieć poczucie bezpieczeństwa, to musi wiedzieć, że ktoś pilnuje drzwi i że nikt go nie nagrywa. W latach 20. pilnowano tego dlatego, że prawo zabraniało alkoholu. W 2025 roku pilnuje się tego dlatego, że wszyscy mają w kieszeniach aparaty i media społecznościowe. Mechanizm jest identyczny, zmienił się tylko powód.
Dziennikarz: Paryż ma scenę, Ameryka ma dyskrecję, ale wciąż mówimy o miejscach, gdzie jest scena i widownia. Kiedy zaczyna się era, w której muzyka jest odtwarzana, a nie grana przez orkiestrę?
Właściciel: To już jest okres powojenny. Lata 50. i 60. XX wieku przynoszą dwa fakty. Pierwszy fakt jest ekonomiczny: łatwiej i taniej jest puścić muzykę z płyt niż utrzymywać zespół. Drugi fakt jest kulturowy: pojawia się taniec, który nie jest tańcem par w stylu salonowym, tylko jest tańcem indywidualnym. To powoduje, że lokal nie musi się opierać na tym, że ktoś występuje, a reszta patrzy. Lokal może się oprzeć na tym, że wszyscy tańczą, a ktoś tylko wybiera muzykę. To jest moment wejścia DJ-a. W Europie często przywołuje się przykłady z końca lat 50. w Niemczech, ale ważniejsze jest to, że sama idea już się utrwaliła. Od tego momentu klub może pracować bez orkiestry, co bardzo uprościło prowadzenie takich miejsc.
Dziennikarz: W którym miejscu tej drogi pojawiają się kluby z paniami do towarzystwa, rozumiane nie jako lokale towarzyskie w sensie prostytucji, tylko jako miejsca, gdzie klient płaci za obecność i rozmowę?
Właściciel: One pojawiają się jako rozwinięcie dwóch wcześniejszych rzeczy. Po pierwsze rozwinięcie kabaretu i burleski, gdzie patrzyło się na scenę. Po drugie rozwinięcie klubów, w których już była obsługa stolikowa. To znaczy, że ktoś podszedł, coś zaproponował, coś wytłumaczył. W pewnym momencie właściciele zauważyli, że część klientów przychodzi nie po to, aby tylko oglądać, ale po to, aby z kimś spędzić czas. Wtedy pojawił się model hostessy, czyli osoby, która w ramach regulaminu lokalu siada przy stoliku i prowadzi rozmowę. W Azji ten model został doprowadzony do kompletności w klubach hostess i w tak zwanych host clubs. W Europie jest on obecny raczej w wersji połączonej z klubem nocnym, czasem z elementem show. To jest dokładnie ta część historii, w którą wchodzi „Malawi”.
Dziennikarz: To teraz przejdźmy do teraźniejszości. Mówi Pan, że „Malawi” jest projektowane od razu na standard roku 2025. Co to w praktyce znaczy?
Właściciel: To znaczy, że nie zakładamy żadnej domyślnej wiedzy po stronie gościa. Wszystko jest powiedziane. Gość przy wejściu dowiaduje się, że lokal jest przeznaczony dla osób pełnoletnich, że obowiązuje zakaz nagrywania i fotografowania, że ochrona może zareagować i że kontakt z osobami z obsady odbywa się w określony sposób. Wszystko jest też dostosowane głośnością i światłem do rozmowy, a nie do tańca. W klasycznych dyskotekach bardzo często był hałas, który uniemożliwiał rozmowę. W klubach z towarzyskością to jest niewłaściwe, bo tu właśnie rozmowa jest elementem usługi. Standard roku 2025 oznacza więc jasność zasad, ochronę prywatności, brak przypadkowego nagrywania i muzykę o poziomie, który pozwala mówić.
Dziennikarz: Brzmi to tak, jakby współczesny klub nocny musiał być bardziej zdyscyplinowany niż ten sprzed 30 czy 40 lat.
Właściciel: Musi być bardziej zdyscyplinowany. Kiedyś gość po prostu wychodził i opowiadał tylko znajomym. Dzisiaj gość wychodzi i może opowiedzieć 5 000 osobom w 10 minut. To wymusza inną organizację. Dlatego wprowadzamy zasady, które w latach 70. nie były w ogóle rozważane. Nikt wtedy nie zakładał, że trzeba zakazać nagrywania. A dzisiaj trzeba. Nikt wtedy nie zakładał, że trzeba komunikować granice kontaktu, bo to się rozumie samo przez się. A dzisiaj nie można się na tym opierać. Dzisiaj trzeba to powiedzieć pełnym zdaniem.
Dziennikarz: Otwiera Pan klub w Katowicach, nie w Warszawie, nie w Krakowie. Dlaczego ten rynek jest dla Pana sensowny?
Właściciel: Dlatego że to jest bardzo gęsta aglomeracja. Wokół Katowic są miasta, które w praktyce tworzą jeden rynek nocny. Ludzie przemieszczają się między nimi w ciągu wieczoru. Jest zaplecze hotelowe i biznesowe, czyli są goście z zewnątrz. Jest też grupa mieszkańców, którzy szukają miejsc spokojniejszych niż typowa dyskoteka. To nie jest mała grupa. Mówimy o setkach osób w skali weekendu. Jeżeli lokal jest dobrze zorganizowany i utrzyma standard, to ma wystarczającą bazę klientów lokalnych i przyjezdnych. Dlatego wybór padł na Katowice.
Dziennikarz: Jak Pan definiuje różnicę między klasycznym klubem tanecznym a klubem takim jak „Malawi”?
Właściciel: Różnica jest w celu. Klub taneczny ma dać energię, głośność i parkiet. Tam sukcesem jest pełny parkiet i tempo sprzedaży przy barze. Klub taki jak „Malawi” ma dać czas, rozmowę i prywatność. Tutaj sukcesem jest to, że goście siadają, spędzają określoną liczbę minut, korzystają z oferty i wychodzą z poczuciem, że nikt nie będzie tego upubliczniał. Muzyka jest tu tylko narzędziem do utrzymania klimatu, a nie głównym produktem.
Dziennikarz: Wróćmy na chwilę do historii światowej. Mieliśmy kabaret, mieliśmy prohibicję, mieliśmy dyskotekę. Później są lata 80. i 90., czyli house i techno. Czy ten etap jest dla Pana ważny, skoro Pan robi zupełnie inny lokal?
Właściciel: Jest ważny dlatego, że wtedy wprowadzono bardzo nowoczesne myślenie o przestrzeni. Kluby techno, szczególnie te w Berlinie po 1989 roku, pracowały w surowych, przemysłowych wnętrzach, ale miały żelazne zasady dotyczące zachowania. Nie można było robić zdjęć, nie można było przeszkadzać innym, obowiązywała selekcja. To było wprost powiedziane. Dzisiaj w klubie towarzyskim też trzeba to wprost powiedzieć. Czyli nawet jeżeli muzyka jest inna i nawet jeżeli gość nie tańczy osiem godzin, tylko siedzi dwie, to organizacyjnie te kluby są do siebie podobne. One stoją na regulaminie i na pilnowaniu klimatu.
Dziennikarz: Czyli można powiedzieć, że „Malawi” jest bardziej spadkobiercą kabaretów i klubów z zasadami niż spadkobiercą dyskotek?
Właściciel: Tak, dokładnie. Z kabaretów bierze układ i świadomość, że ktoś występuje, a ktoś ogląda. Ze speakeasy bierze dyskrecję. Z klubów techno bierze jasne mówienie, co wolno, a czego nie wolno. To są trzy etapy tej samej historii, ale przeniesione do warunków śląskiego miasta w 2025 roku.
Dziennikarz: Co Pan powie ludziom, którzy twierdzą, że takie miejsca „psują miasto”?
Właściciel: Powiem, że miasto od 150 lat ma nocną funkcję i że ta funkcja po prostu zmienia formę. Na przełomie XIX i XX wieku ludzie chodzili do kabaretów. W latach 70. chodzili na dyskoteki. W latach 90. chodzili do klubów muzycznych. W 2025 roku chodzą też do klubów, które oferują towarzystwo w jasno opisanych granicach. To nie jest psucie miasta. To jest kolejna odpowiedź na to, że część mieszkańców i część gości potrzebuje miejsca po zmroku, w którym nie będzie przypadkowych osób, w którym będzie można porozmawiać i w którym nikt tego nie nagra. Jeżeli klub działa legalnie, jest pilnowany, ma ochronę i nie wychodzi poza swój lokal, to nie psuje miasta. To jest normalna funkcja miasta.
Dziennikarz: I ostatnie pytanie. Czy historia klubów nocnych jest zamknięta, czy będzie się jeszcze zmieniać?
Właściciel: Będzie się zmieniać, ale nie w sensie fundamentów. Wejście, zasady, muzyka, obsługa, prywatność – to zostanie. Zmieniać się będą tylko akcenty. Gdyby za pięć lat okazało się, że większość gości chce spędzać czas w mniejszych pokojach z pełną kontrolą światła i dźwięku, to kluby się do tego dostosują. Gdyby za pięć lat miasta jeszcze mocniej ograniczyły hałas, to kluby przeniosą się bardziej w stronę stolików niż parkietów. Rdzeń zostanie ten sam, bo rdzeń jest niezmienny od 1869 roku: miasto chce mieć miejsce, w którym można spędzić noc w inny sposób niż za dnia. „Malawi” jest po prostu jedną z aktualnych, 2025-rocznych odpowiedzi na tę stałą potrzebę.
Dziennikarz: Dziękuję za rozmowę.
Właściciel: Ja również.
Wywiad powstał dzięki uprzejmości właściciela klubu Malawi w Katowicach: https://malawi.katowice.pl/